
|
Bez utraty klimatu
Na rozświetlonej scenie po lewej stronie poprzedzone kamiennymi schodami i podparte dwiema kolumnami wejście do oplecionego dzikim winem dworku.
Pośrodku dziedziniec z ławeczką, a po prawej wielki, stary dąb, który zapewne niejedną rzecz pamiętał, co na owym dziedzińcu się działa i niejednej przysięgi wysłuchał, bo w dworku owym gromada wesołych, a trzeba przyznać, że i urodziwych wojaków taką przysięgę złożyła sobie wzajem, żeby nigdy, przenigdy pod żadnym pretekstem nie przenosić się z nadzwyczaj wygodnego i póki co miłego stanu kawalerskiego w stan małżeński.
Tak to pomiędzy kolejnymi wojennymi wyprawami i bitwami wczasowali sobie beztrosko, już to popijając wina i miody nierzadko ponad miarę, polując, czy w szachy grając, już to bawiąc i weseląc się bez nijakiego skrępowania.
Nie dane było im jednak ową beztroską i wesołością do starości późnej się cieszyć. Major - ich dowódca znany także obok swego Rotmistrza z niezwykłej zagorzałości i bezkompromisowości w dochowaniu przysięgi, miał na swoje "nieszczęście" mieszkające w sąsiedztwie trzy urocze siostry.
I nic w tym złego by nie było, życie huzarów toczyłoby się dalej pomiędzy kolejnymi hulankami a służbą żołnierską, gdyby nie pomysł Orgonowej - najstarszej i najbardziej energicznej z sióstr - wydania za mąż swojej młodziutkiej córki Zosi za - czterdzieści lat od niej starszego - Majora.
Od tej pory kobiece intrygi wywracają do góry nogami cały od dawna ustalony i poprzez złożoną przysięgę dotąd wytrwale pielęgnowany męski porządek. Żołnierze choć zapewne odważni i bohaterscy w boju, tutaj nie potrafią dać odporu najstarszej siostrze, która z całym swoim fraucymerem jest przeciwnikiem niemożliwym do pokonania. Na jeszcze większe nieszczęście okazuje się, że w Zosi kocha się - i to z wzajemnością młody przyjaciel Majora - porucznik Edmund. Sytuacja staje się coraz bardziej zagmatwana. Najbardziej zakłopotaną i nieszczęśliwą postacią jest Kapelan (Piotr Furman), któremu owe trzy megiery przeznaczyły nader niewdzięczną rolę - roznosiciela intryganckich wieści i posłańca wszelkich niecnych knowań, który to w tym zakłopotaniu, bezradności i ubezwłasnowolnieniu nieustannie i rozpaczliwie powtarza tytułowe powiedzenie "nie uchodzi, nie uchodzi". W ten sposób rozpoczyna się barwne, lekkie, wesołe pełne miłego uroku rozśpiewane widowisko muzyczne. W czasie "odbywania" swojego sezonu w Teatrze Rampa Maciej Wojtyszko po "Kandydzie..." tym razem wziął na warsztat superkomedię Aleksandra Fredry "Nie uchodzi, nie uchodzi..., czyli damy i huzary" dokonując wraz z Krzysztofem Orzechowskim jej zręcznej adaptacji. Napisał teksty piosenek i wyreżyserował z pełnym szacunkiem do finezji humoru i melodii fredrowskiego wiersza tworząc unikalny ale pełnokrwisty musicalowy spektakl. Muzykę napisał znany już "zawiślańskiej" publiczności Jerzy Derfel, który wraz z Arturem Jerzym Zielińskim poprowadził zespół niewielki ale skutecznie tworzący radosny muzyczny klimat przedstawienia. Klimat ten nie mniej skutecznie podkreślają scenografia i kostiumy stworzone przez Grażynę Fołtyn-Kasprzak.
Do roli Majora, który do czasu najazdu nieznośnych sióstr z żołniersko-dobrotliwym wdziękiem panuje nad sytuacją reżyser zaprosił Emiliana Kamińskiego. Po przybyciu dam,
Rampa posiada niewielką ale za to na wysokim poziomie artystycznym grupę aktorów, którym bez obawy można powierzyć wokalną i choreograficzną część scenicznej pracy. W Panią Orgonową wcieliła się Katarzyna Kozak, całkiem zręcznie radząc sobie z rolą zdeterminowanej, energicznej i znającej osiemnastowieczne powinności matki młodziutkiej Zosi. Potrafiła połączyć swój talent wokalny i dramatyczny. Myślę, że tę rolę może zaliczyć do udanych. Właściwie wszystkie postacie zostały bardzo dobrze zagrane stanowiąc pod wodzą Macieja Wojtyszki jeden zgrany i świetnie scenicznie funkcjonujący zespół. Jednak bez wątpienia na szczególne wyróżnienie zasługuje Agnieszka Fajlhauer. Jej Aniela to wyjątkowo błyskotliwie zagrana postać. Świetna wokalna forma i znakomite przygotowanie pełne aktorskiej inwencji i pomysłów sprawiają, że słucha i ogląda się ją z wielką przyjemnością. Można by za Wojciechem Mannem wyrazić zdziwienie skierowane niegdyś do "Fajki" - skąd w tym drobnym ciałku tak wiele energii? Interesującym zabiegiem jest zaangażowanie aktorów potrafiących grać na instrumentach muzycznych. Olga Szomańska-Radwan, Marta Kuszakiewicz i Klementyna Umer grają na altówce, flecie i skrzypcach podkreślając w ten sposób świeżość i autentyczność scenicznych poczynań.
Bardzo dobrze ogląda się to przedstawienie. Trzeba co prawda wiele odwagi, żeby tak głęboko zaingerować w dzieło jednego z najbardziej klasycznych polskich klasyków, ale mimo dokonanych poważnych zabiegów Wojtyszko z właściwą sobie swobodą i lekkością zaproponował nam Fredrę muzycznego, bez utraty charakterystycznego klimatu tamtej epoki. "Damy i huzary" w Teatrze Rampa można polecić i młodszym i starszym. Tym wszystkim, którzy chcieliby na jeden wieczór, z szarej otaczającej nas rzeczywistości przenieść się do kolorowego, rozśpiewanego i pogodnego świata.
Ryszard Klimczak, Dziennik Teatralny - 6 kwietnia 2006 Nie uchodzi, nie uchodzi...
Ciągle aktualny tekst sztuki "Damy i huzary" Aleksandra Fredry zyskał nowe oblicze w pełnej rozmachu inscenizacji przygotowanej przez zespół Teatru Rampa. Maciej Wojtyszko "odkurzył" klasykę, przerabiając ją na musical. Dla młodszej widowni przedstawienie obowiązkowe, dla starszej - niekoniecznie.
"Nie uchodzi, nie uchodzi... czyli Damy i Huzary" dotyka najważniejszej i najbardziej skomplikowanej części ludzkiej egzystencji - stosunków damsko-męskich. Zostawiając interpretację dzieła XIX-wiecznego pisarza polonistom należy pamiętać, że nie każde dawne arcydzieło znosi trudną próbę czasu. W przypadku Fredry nietrudno o konstatację, że użyty język trochę trąci myszką, chociaż przesłanie jest nadal aktualne.
Pewnie dlatego główny pomysłodawca i realizator przedstawienia - Maciej Wojtyszko to reżyser, adaptator i autor tekstów piosenek w jednej osobie - postanowił zmienić formułę. Taka narodził się spektakl, łączący to co najlepsze ze sztuki Fredry z nowymi tekstami śpiewanych w duetach i tercetach arii.
Nowa jakość przedstawienia niejako wymusiła na aktorach trochę inne niż zazwyczaj zadania, którym w dużej mierze udało się sprostać. Nie obyło się wszakże bez drobnych wpadek. Szkoda, że zaproszony do roli Majora Wojciech Wysocki nie rozłożył swoich sił równo na cały spektakl - finał w jego wykonaniu wypadł nader blado. Takiego błędu na kocówkę nie ustrzegła się również partnerująca mu Katarzyna Kozak, która brawurowo wcieliła się w rolę Orgonowej, by w finale ledwo zaznaczyć swoją obecność na scenie.
Na uznanie zasługują dwa duety: Dominika Łakomska i Konrad Marszałek oraz Agnieszka "Fajka" Fajhauer i Mieczysław Morański. Komedia pomyłek w ich wykonaniu to prawdziwy popis aktorskiego kunsztu. Nie należy pominąć także postaci drugiego planu, których wysiłki rozbudowały spektakl i dodały mu humoru, graniczącego z parodią. Doskonale w tej formie odnalazł się przede wszystkim Tadeusz Woszczyński, którego bohater w każdej scenie rozbawiał widzów do łez.
W spektaklu duży nacisk położono na choreografię i wizualną stronę przedstawienia - rozmach inscenizacji zawdzięczamy autorce scenografii i kostiumów Grażynie Fołtyn-Kasprzak. Dużym atutem był akompaniament na żywo, który przygotował Jerzy Derfel. Łatwo wpadające w ucho melodie idealnie współgrały z lekką formułą całości. Niestety zbyt głośna muzyka skutecznie uniemożliwiała wyłowienie poszczególnych kwestii aktorów. Takie niedopracowanie szczegółów technicznych razi tym bardziej, że w przypadku Teatru Rampa nie jest to pierwsze przygotowane przez ten zespół przedstawienie stricte muzyczne.
Doceniając wysiłki realizatorów nie sposób oprzeć się wrażeniu, że "Nie uchodzi..." z racji oryginalnej interpretacji został przygotowany raczej z myślą o najmłodszych odbiorcach, których uwagę tak trudno skupić na długo. Wśród starszej widowni takie nagromadzenie "estradowych sztuczek" może trochę męczyć i po prostu... nużyć.
Katarzyna Grabowska, TVP - 21 czerwca 2006
DAMY I HUZARY, CZYLI NIE UCHODZI... s t r z e l a ć d o r e c e n z e n t a
Czasami może dziwić niesłabnące wciąż zainteresowanie współczesnego teatru wystawianiem XIX-wiecznych komedii Aleksandra Fredry. Ponad siedemdziesiąt lat temu jeden z największych naszych aktorów, Stefan Jaracz, zauważył już, że mocno się one zestarzały, ograły i że publiczność po prostu się na nich nudzi. Wystarczy jednak trochę "odkurzyć" tekst, rozśpiewać go i dobrze zagrać, by zaistniał na nowo, zalśnił i znów rozśmieszał widzów. Najlepszym tego przykładem może być najnowsze przedstawienie Dam i huzarów na scenie Teatru Rampa. Schemat tej komedii jest prosty. Zgodnie z regułą gatunku przedstawić go można w kształcie litery "U", gdzie początkowo, "zapada się w głąb potencjalnie tragicznych powikłań, po czym wybiega nagle na wyżyny szczęśliwego rozwiązania"[1]. W tym przypadku przedstawia się to tak: trzy energiczne damy zamierzają ożenić swego brata, Majora, znanego z tego, że od lat szczyci się on być starym kawalerem. Główną swatką zostaje Orgonowa, której po roztrwonieniu majątku męża niezmiernie zależy na szybkim i bogatym wydaniu Zosi za mąż. Dziewczyna zaś skrycie i z wzajemnością kocha Edmunda - młodzieńca, który choć dobrze urodzony żadnego majątku nie ma. On to właśnie, realnie oceniając swoje matrymonialne szanse, wymyśla sprytną, jak mu się początkowo wydaje, intrygę. Każe mianowicie Zosi odgrywać miłość do Majora, uwodzić go i kusić, gdyż pewny jest jego głośno deklarowanej odporności na niewieście wdzięki i zaciekłej niechęci do małżeństwa. Spodziewa się, że nie zmieni on swoich poglądów, a przyciśnięty do muru raczej zdezerteruje i wtedy jemu odda rękę Zosi. Nie bierze pod uwagę tego, że pod urokiem dziewczyny pękną żelazne, starokawalerskie zasady i Major zapragnie się ożenić. Tymczasem Zosia tak przekonywująco odgrywa swą rolę, że nawet Edmund daje się nabrać i w konsekwencji ?omal nie pada ofiarą własnej chytrej niby-kombinacji"[2]. Zrozpaczony postanawia poświęcić się dla szczęścia ukochanej i usunąć się z drogi. Wszystko jednak kończy się dobrze. Kapelan wyjawia motywy jego działania, a wzruszony lojalnością swego podopiecznego Major błogosławi młodym uznając, że żeniaczka na stare lata i do tego z młodą dziewczyną nie ma sensu.
Maciej Wojtyszko zręcznie ożywił ten schemat i pokazał na scenie rzeczywiście zabawną komedię. Widać, że samych aktorów ona bawi, bo tak lekko ją grają. Opisane wydarzenia Fredro umiejscowił w pokoju z sześciorgiem drzwi, przez które bohaterowie wpadali na scenę i wybiegali z niej powodując niebotyczne wprost zamieszanie. Wojtyszko natomiast rozegrał akcję na tle przepięknej, pastelowej scenografii, jakby wprost przeniesionej z jakiejś cudownej bajki. Grażyna Fołtyn-Kasprzak zbudowała po lewej stronie fasadę szlacheckiego dworku, gdzie na biały, wsparty na kolumnach i zwieńczony tympanonem ganek, prowadzą gościnne schody. Niezwykła jest przy tym kolorystyka i dbałość o szczegóły. Na klombach rosną drobne kwiatki, układając się w poprzetykane zielenią żółte i niebieskie plamy. Z góry zwisają kłącza jakiejś czerwonej, ozdobnej rośliny, a po środku, w głębi sceny złocą się dorodne słoneczniki. Tak pomyślana przestrzeń daje urzekające wprost wrażenie, podczas gdy po prawej stronie umiejscowione zostało tylko jedno, porosłe mchem, olbrzymie drzewo. Jest ono tak gigantyczne, że nie widzimy nawet jego gałęzi. Gdy zapada decyzja o rozstaniu kochanków, w drzewo to efektownie uderza piorun, rozłupując je na dwie części i obrazując tym samym tragedię dwojga młodych ludzi i ich pęknięte serca.
Przepiękne są również w spektaklu różnobarwne i wykonane ze szlachetnych materiałów suknie, które zaprojektowała także pani scenograf. Każdej z dam przypisany został inny kolor stroju i w każdym przypadku określa on jej charakter. I tak Orgonowa nosi suknię zieloną, Dyndalska - fioletową, a najbardziej z nich zalotna Aniela - czerwoną. Zosia natomiast w swym zwiewnym, delikatnym stroju najbardziej przypomina motyla. Ten barwny korowód dam kontrastuje z szarością mundurów i męską monotonią świata huzarów. Kontrastów na scenie jest zresztą więcej. Wymuszonej wieloletnią musztrą starokawalerskiej pedanterii został przeciwstawiony malowniczy, kobiecy nieład, małomówności - gadatliwość, rubaszności - demonstracyjna i spazmami podkreślana delikatność, a mizoginizmowi - potrzeba łączenia wszystkich w pary. Już pierwsze pojawienie się dam, będące jedną z najzabawniejszych w przedstawieniu scen, stanowi zapowiedź, że odtąd zapanuje tylko chaos i że to one zdominują całą przestrzeń gry. Katarzyna Kozak i Katarzyna Żak zagrały role Orgonowej i Dyndalskiej z komiczną werwą - szybko i ostro. Obok nich ciekawą postać stworzyła Agnieszka Fajlhauer, której Aniela jest trochę pretensjonalna, trochę głupiutka, potrafiąca jednak kobiecymi sztuczkami chytrze omamić zasiedziałego w swym kawalerstwie Rotmistrza (Mieczysław Morański). Scena tych dwojga to popis błyskotliwej aktorskiej gry. Przezabawne są również służące: Fruzia (Marta Kuszakiewicz), Józia (Olga Szomańska-Radwan) i Zuzia (Klementyna Umer) - złośliwe, mające swoje fumy i humory panny, które wspólnie zaginają parol na Grzegorza (Tadeusz Woszczyński). W spektaklu ożywiono także postacie kochanków, które u Fredry są nieco schematyczne i bezbarwne. Zosia Dominiki Łakomskiej wcale nie jest potulną panienką. W parze z Edmundem to ona jest stroną silniejszą, bardziej zdeterminowaną. Na jej tle Porucznik (Konrad Marszałek) jest słabszy - właściwie tylko młody i przystojny. Zabieg ten jest celowy i podkreśla rozpisany także i na inne pary motyw przewodni spektaklu, którym jest ukazanie nieposkromionych wprost zapędów kobiet do rządzenia mężczyznami. Starzy kawalerowie w roli namiętnych kochanków stają się postaciami jakby wyjętymi z farsy. Wśród nich wyróżnia się oczywiście Wojciech Wysocki, który z dużą finezją zagrał rolę Majora, mięknącego coraz bardziej pod wpływem zalotów Zosi. Ciekawy epizod stworzył także Robert Kowalski.
Wiele scen ma charakter typowo widowiskowy. Szczególnie wyróżniają się chóralne śpiewy dam. Nie rozwijają one co prawda akcji, ale służą do prowokowania śmiechu na widowni. Gdy wszystko zmierza ku szczęśliwemu zakończeniu, gdy wydaje się, że nic tragicznego już się nie zdarzy, następują po sobie wypadki, które stają się kompletnym zaskoczeniem. Ze sceny rozlega się huk, pada strzał wycelowany prosto w widownię i niby przypadkiem dosięga siedzącego tam recenzenta. Sytuacja staje się komiczna, gdy okazuje się, że zostaje on (czyli ja) obficie obsypany konfetti. Małe to paskudztwo bardzo trudno wydłubać z włosów, dlatego też UPRZEJMIE UPRASZA SIĘ O NIESTRZELANIE DO RECENZENTA!!! Szczególnie w sytuacji, gdy oglądany przez niego spektakl jest całkiem niezły.
Marta Płatek
Nie uchodzi, nie uchodzi... czyli Damy i huzary Aleksandra Fredry, reżyseria, adaptacja, teksty piosenek - Maciej Wojtyszko, scenografia i kostiumy - Grażyna Fołtyn-Kasprzak, muzyka - Jerzy Derfel, choreografia - Tadeusz Wiśniewski. Premiera: 23 marca 2006 roku. Obsada: Major - Wojciech Wysocki; Rotmistrz - Mieczysław Morański; Kapelan - Piotr Furman; Porucznik - Konrad Marszałek; Rembo - Robert Kowalski; Grzegorz - Tadeusz Woszczyński; Orgonowa - Katarzyna Kozak; Dyndalska - Katarzyna Żak; Aniela - Agnieszka ?Fajka" Fajlhauer; Zofija - Dominika Łakomska; Fruzia - Marta Kuszakiewicz; Józia - Olga Szomańska-Radwan; Zuzia - Klementyna Umer.
[1] N. Frye, Mit, fikcja, przemieszczenie, ?Pamiętnik Literacki" 1969, z. 2, s. 288. [2] S. Pigoń, Objaśnienia do Dam i huzarów. |